wtorek, 2 listopada 2010

Refleksyjnie

Dzień za dniem ucieka. Budzę się, coś zjem, żyje, idę spać. Dzisiaj okazało się, że miną już tydzień, a ja nie ma pozytywnych, ani negatywnych osiągnięć. Wegetuje, ale nie jest to negatywny stan, raczej okres czekania w bezczynności.
Gdy na ulicy nie uda mi się uciec, ludzie zaczepiają mnie pytając z zdziwieniem w oczach, co tutaj robię? Jednym mówię, że przyjechałam na urlop, wtedy słyszę odpowiedz, pewnie jutro już wracasz?, a gdy mówię że trochę dłuższy zostaję, to słyszę, a po co, przecież tutaj ludzie się tylko marnują, wracaj do warszawy...
Inni, nieliczni, znają, prawdę... Reszta boi się spytać...
Dziwi mnie to, że ludzie uważają Warszawę za coś nieosiągalnego, za coś, co daje szczęście, nie pozwala zatrzymać się w miejscu. Osoby, które tam emigrowały, uważane są za tych, którzy złapali Pana Boga za nogi, im na pewno musi się powodzić.
Kto zna Warszawę i chociaż chwile tam mieszkał, wie że ta sielanka nie jest tak łatwa do osiągnąć i życie zupełnie inaczej wygląda tam niż w prowincjonalnej miejscowość. Owszem kocham Warszawę i wiem, że tam zostawiłam połowę swojej duszy, ale wiem też to, że długo uczyłam się tam życia, takiego, jakim się tam żyje.
Moje rodzime miasto jest inne, spokojne, trywialne, ale ma swój magiczny urok i co najważniejsze tu każdy dla każdego ma czas. Ludzie tego nie doceniają, uważają je za przeklęte, zapomniane przez świat i nawet diabeł tutaj nie chce powiedzieć dobranoc. Odnoszę wrażenie, że gdyby mogli to "obcym" powiedzieliby, że tu trzeba błagać na kolanach o szklankę wody i chleb, na pewno radziliby żeby stąd uciekać, bo tutaj jest tylko śmierć. Na myśl nasuwa mi się pytanie, więc co tutaj robi 17 tysięcy osób? Jeśli jest tak źle to, co oni wszyscy tutaj robią?
Lubimy narzekać... Adekwatne jest tutaj stare, polskie przysłowie "cudze chwalicie – swojego nie znacie"

A on... coraz mniej się odzywa, czasem zadzwoni, czasem napisze... w końcu dochodzi do niego to, co się stało, ale ciągle nie rozumie, dlaczego.
Ona już nie wylewa łez, czasem w środku się łamie, przeprowadza osobistą wojnę, ale czuje że powoli zaczyna wszystko się układać. Nic na siłę i nic od tak...