Czas płynie nie ubłaganie, zima, wiosna,lato i znowu jesień... W tamtym roku było więcej słońca na zewnątrz...A co u nich?
Ona... ona jest większa o 10 kg niż wtedy, ale i przepełniona o te 10 kg większą energią i wolą do życia, chęcią działania i animowania innych.
Oni... oni ostatnio się spotkali, tak jak przyjaciele i kochankowie...
On... On... zmężniał, stracił jeden ząb, oraz ojca, matkę zaraz po tym jak ona odeszła. Ale przez ten rok zyskał coś więcej... Nowe życie, urodził się jego syn Tom... Jak to ujął szukał pocieszenia i zrobił to specjalnie, bo gdy był z nią ona ciągle utwierdzała go w przekonaniu, że nie chce mieć dzieci... Na pytanie czy jest szczęśliwy, odpowiedział tak mam syna, ale na pytanie czy kocha matkę swojego dziecka powiedział, że jego miłość odeszła rok temu i ciągle ma małą nadzieję że kiedyś wróci...
Ona... łapczywie pragnie nowej miłości, bliskości i bezpieczeństwa, już trochę jest na to gotowa. Owszem na dnie jej umysłu ciągle odbija się echo przeszłości krzyczące Anno ty tylko ranisz...
Oni... już nigdy się nie spotkają, ona o tym wie.
On... się zmienił na tyle, że ona go nie poznała, stał się zaborczy, despotyczny i wziął od niej to co chciał i na co ona nie miała wcale ochoty.
Życie kręci się w kółko, ludzie przychodzą i odchodzą. Żyjemy tak jak śnimy - samotnie.
domicela
wtorek, 1 listopada 2011
wtorek, 2 listopada 2010
Refleksyjnie
Dzień za dniem ucieka. Budzę się, coś zjem, żyje, idę spać. Dzisiaj okazało się, że miną już tydzień, a ja nie ma pozytywnych, ani negatywnych osiągnięć. Wegetuje, ale nie jest to negatywny stan, raczej okres czekania w bezczynności.
Gdy na ulicy nie uda mi się uciec, ludzie zaczepiają mnie pytając z zdziwieniem w oczach, co tutaj robię? Jednym mówię, że przyjechałam na urlop, wtedy słyszę odpowiedz, pewnie jutro już wracasz?, a gdy mówię że trochę dłuższy zostaję, to słyszę, a po co, przecież tutaj ludzie się tylko marnują, wracaj do warszawy...
Inni, nieliczni, znają, prawdę... Reszta boi się spytać...
Dziwi mnie to, że ludzie uważają Warszawę za coś nieosiągalnego, za coś, co daje szczęście, nie pozwala zatrzymać się w miejscu. Osoby, które tam emigrowały, uważane są za tych, którzy złapali Pana Boga za nogi, im na pewno musi się powodzić.
Kto zna Warszawę i chociaż chwile tam mieszkał, wie że ta sielanka nie jest tak łatwa do osiągnąć i życie zupełnie inaczej wygląda tam niż w prowincjonalnej miejscowość. Owszem kocham Warszawę i wiem, że tam zostawiłam połowę swojej duszy, ale wiem też to, że długo uczyłam się tam życia, takiego, jakim się tam żyje.
Moje rodzime miasto jest inne, spokojne, trywialne, ale ma swój magiczny urok i co najważniejsze tu każdy dla każdego ma czas. Ludzie tego nie doceniają, uważają je za przeklęte, zapomniane przez świat i nawet diabeł tutaj nie chce powiedzieć dobranoc. Odnoszę wrażenie, że gdyby mogli to "obcym" powiedzieliby, że tu trzeba błagać na kolanach o szklankę wody i chleb, na pewno radziliby żeby stąd uciekać, bo tutaj jest tylko śmierć. Na myśl nasuwa mi się pytanie, więc co tutaj robi 17 tysięcy osób? Jeśli jest tak źle to, co oni wszyscy tutaj robią?
Lubimy narzekać... Adekwatne jest tutaj stare, polskie przysłowie "cudze chwalicie – swojego nie znacie"
A on... coraz mniej się odzywa, czasem zadzwoni, czasem napisze... w końcu dochodzi do niego to, co się stało, ale ciągle nie rozumie, dlaczego.
Ona już nie wylewa łez, czasem w środku się łamie, przeprowadza osobistą wojnę, ale czuje że powoli zaczyna wszystko się układać. Nic na siłę i nic od tak...
Gdy na ulicy nie uda mi się uciec, ludzie zaczepiają mnie pytając z zdziwieniem w oczach, co tutaj robię? Jednym mówię, że przyjechałam na urlop, wtedy słyszę odpowiedz, pewnie jutro już wracasz?, a gdy mówię że trochę dłuższy zostaję, to słyszę, a po co, przecież tutaj ludzie się tylko marnują, wracaj do warszawy...
Inni, nieliczni, znają, prawdę... Reszta boi się spytać...
Dziwi mnie to, że ludzie uważają Warszawę za coś nieosiągalnego, za coś, co daje szczęście, nie pozwala zatrzymać się w miejscu. Osoby, które tam emigrowały, uważane są za tych, którzy złapali Pana Boga za nogi, im na pewno musi się powodzić.
Kto zna Warszawę i chociaż chwile tam mieszkał, wie że ta sielanka nie jest tak łatwa do osiągnąć i życie zupełnie inaczej wygląda tam niż w prowincjonalnej miejscowość. Owszem kocham Warszawę i wiem, że tam zostawiłam połowę swojej duszy, ale wiem też to, że długo uczyłam się tam życia, takiego, jakim się tam żyje.
Moje rodzime miasto jest inne, spokojne, trywialne, ale ma swój magiczny urok i co najważniejsze tu każdy dla każdego ma czas. Ludzie tego nie doceniają, uważają je za przeklęte, zapomniane przez świat i nawet diabeł tutaj nie chce powiedzieć dobranoc. Odnoszę wrażenie, że gdyby mogli to "obcym" powiedzieliby, że tu trzeba błagać na kolanach o szklankę wody i chleb, na pewno radziliby żeby stąd uciekać, bo tutaj jest tylko śmierć. Na myśl nasuwa mi się pytanie, więc co tutaj robi 17 tysięcy osób? Jeśli jest tak źle to, co oni wszyscy tutaj robią?
Lubimy narzekać... Adekwatne jest tutaj stare, polskie przysłowie "cudze chwalicie – swojego nie znacie"
A on... coraz mniej się odzywa, czasem zadzwoni, czasem napisze... w końcu dochodzi do niego to, co się stało, ale ciągle nie rozumie, dlaczego.
Ona już nie wylewa łez, czasem w środku się łamie, przeprowadza osobistą wojnę, ale czuje że powoli zaczyna wszystko się układać. Nic na siłę i nic od tak...
czwartek, 28 października 2010
Sztuczne szczeście
Ona dzisiaj się upija... Jest sztucznie szcześliwa...
On... On ją dzisiaj nie obchodzi...
On... On ją dzisiaj nie obchodzi...
środa, 27 października 2010
Rozmowa
On dzisiaj kazał jej powiedzieć, co z nim będzie.
Ona kazała mu się zastanowić nad tym, co on mówi i rozgraniczyć to, co potrzebuje od tego, czego chce.
On twierdzi, że dalej ona sobie stwarza problemy i nie potrafi jej zrozumieć, dlaczego ona wyjechała.
Ona dzisiaj jest nad nim, trochę się nad nim pastwi, wyrzuca wszystko, co leży jej na sercu, trochę lepiej się z tym czuje. Powiedziała jemu, że jeśli nie nauczy się jej szanować i rozumieć nie mają, o czym rozmawiać.
On nie wie, o czym ona mówi.
Ona jest chora, dostała zastrzyki w dupę i musi się uczyć, bo ostatnia poprawka w sobotę ją czeka.
On chyba dzisiaj nie był w pracy.
Ona kazała mu się zastanowić nad tym, co on mówi i rozgraniczyć to, co potrzebuje od tego, czego chce.
On twierdzi, że dalej ona sobie stwarza problemy i nie potrafi jej zrozumieć, dlaczego ona wyjechała.
Ona dzisiaj jest nad nim, trochę się nad nim pastwi, wyrzuca wszystko, co leży jej na sercu, trochę lepiej się z tym czuje. Powiedziała jemu, że jeśli nie nauczy się jej szanować i rozumieć nie mają, o czym rozmawiać.
On nie wie, o czym ona mówi.
Ona jest chora, dostała zastrzyki w dupę i musi się uczyć, bo ostatnia poprawka w sobotę ją czeka.
On chyba dzisiaj nie był w pracy.
wtorek, 26 października 2010
Oni
On jeszcze dzisiaj myślał, że ona wróci i wszystko będzie dobrze...
Ona jest przepełniona wyrzutami, żalem, ale i nadzieją, że może kiedyś wszystko się ułoży… Wróciła do domu ostatni raz...
On jej dzisiaj napisał, że tęskni i prosi o wyjaśnienie, o pokazanie jego błędów, pyta czy na pewno ona nie jest w Warszawie...
Ona nie ma siły... by żyć... by płakać...
On ciągle ufa Bogu...
Ona jest przepełniona wyrzutami, żalem, ale i nadzieją, że może kiedyś wszystko się ułoży… Wróciła do domu ostatni raz...
On jej dzisiaj napisał, że tęskni i prosi o wyjaśnienie, o pokazanie jego błędów, pyta czy na pewno ona nie jest w Warszawie...
Ona nie ma siły... by żyć... by płakać...
On ciągle ufa Bogu...
poniedziałek, 25 października 2010
On i ona
On... 28 letni mężczyzna, pełen nadziei i wiary, z nikłą szansą na normalne życie. Z cieniem lęku za plecami. Ona egoistka, nie chce mu pomóc, chowa się przed samą sobą.
Tyle żalu jest we mnie tyle smutku. Musiałam uciec, dać mu wolność, pozwolić by ułożył sobie życie tak jak chce to zrobić. A mnie po prostu rozpierdala od środka… rozrywa, tak jak narkoman czuje się na głodzie, lub alkoholik gdy zatruje się alkoholem. Wszystko mi jedno, co się ze mną stanie, tylko żeby już tego czegoś nie czuć. Rozjebało mnie na milion różnych kawałków, muszę czuć czyjaś obecność obok siebie, ktoś chodzi, ktoś żyje, bo ja mam problemy z tym żeby wstać i się umyć, jeść nie jem, pić nie pije, bo jest jeszcze gorzej bo to coś w środku nie pozwala mi żyć. Od czasu do czasu zwymiotuje... i te piekące, spuchnięte oczy, mam ochotę je wydłubać widelcem. Nienawidzę siebie.
Pierdolona ze mnie egoistka, musiałam uciekać, zostawić go, samego na pastwę losu…Przecież on nigdy nie zrobił mi krzywdy...
On... on zawsze miał nadzieję, że dam mu ślub, papiery, że będzie mógł żyć normalnie i co najważniejsze żyć godnie, jak biały człowiek. Że skończy z pchaniem wózków pod dzielnicowym supermarketem, że nie będzie musiał posługiwać się dokumentami kolegi, który ma to szczęście że znalazł Polkę, która mu pomogła. Tak wygląda w skrócie życie każdego czarnego kolesia w Warszawie. Od czasu do czasu by kupić kurczaka i kasze manną idzie na stadion sprzedać kradzioną parę Jansów.
Ona... ona kiedyś lubiła słuchać Myslovitz "Chciałbym umrzeć z miłości". Teraz umiera i wie że to najgorsza śmierć jaką można sobie wybrać.
Oni... Im ciężko było się dogadać, bo bariera językowa to duży problem, ale oboje się starali, potrafili rozumieć się bez słow. On dla niej wszystko, a ona wszystko brała… On mówił że na zawsze jest w jego sercu, a ona że go kocha i że jest jej małym chłopczykiem, co go bardzo denerwowało, bo przecież on wcale taki mały nie był... Ona była wolna, on jej na wszystko pozwalał. Oni kochali z sobą spać, bo wtedy nie było ani jej ani jego… Podobnie jak teraz...
Tyle żalu jest we mnie tyle smutku. Musiałam uciec, dać mu wolność, pozwolić by ułożył sobie życie tak jak chce to zrobić. A mnie po prostu rozpierdala od środka… rozrywa, tak jak narkoman czuje się na głodzie, lub alkoholik gdy zatruje się alkoholem. Wszystko mi jedno, co się ze mną stanie, tylko żeby już tego czegoś nie czuć. Rozjebało mnie na milion różnych kawałków, muszę czuć czyjaś obecność obok siebie, ktoś chodzi, ktoś żyje, bo ja mam problemy z tym żeby wstać i się umyć, jeść nie jem, pić nie pije, bo jest jeszcze gorzej bo to coś w środku nie pozwala mi żyć. Od czasu do czasu zwymiotuje... i te piekące, spuchnięte oczy, mam ochotę je wydłubać widelcem. Nienawidzę siebie.
Pierdolona ze mnie egoistka, musiałam uciekać, zostawić go, samego na pastwę losu…Przecież on nigdy nie zrobił mi krzywdy...
On... on zawsze miał nadzieję, że dam mu ślub, papiery, że będzie mógł żyć normalnie i co najważniejsze żyć godnie, jak biały człowiek. Że skończy z pchaniem wózków pod dzielnicowym supermarketem, że nie będzie musiał posługiwać się dokumentami kolegi, który ma to szczęście że znalazł Polkę, która mu pomogła. Tak wygląda w skrócie życie każdego czarnego kolesia w Warszawie. Od czasu do czasu by kupić kurczaka i kasze manną idzie na stadion sprzedać kradzioną parę Jansów.
Ona... ona kiedyś lubiła słuchać Myslovitz "Chciałbym umrzeć z miłości". Teraz umiera i wie że to najgorsza śmierć jaką można sobie wybrać.
Oni... Im ciężko było się dogadać, bo bariera językowa to duży problem, ale oboje się starali, potrafili rozumieć się bez słow. On dla niej wszystko, a ona wszystko brała… On mówił że na zawsze jest w jego sercu, a ona że go kocha i że jest jej małym chłopczykiem, co go bardzo denerwowało, bo przecież on wcale taki mały nie był... Ona była wolna, on jej na wszystko pozwalał. Oni kochali z sobą spać, bo wtedy nie było ani jej ani jego… Podobnie jak teraz...
Subskrybuj:
Posty (Atom)